Tomasz Kalita zostawił „coś” bardzo ważnego.

Tomasz Kalita zostawił coś bardzo ważnego.

Nawet najlepszy obraz nie oddaje tak dobrze abstrakcyjności, jak choroba. Dopóki jej nie ma, jakby nie istniała. Nie robi wrażenia, kiedy jest za drzwiami sąsiadów. Ludzie umierają, komunikaty i klepsydry pojawiają się i znikają. Wiele osób odchodzi w ciszy, można by powiedzieć, niezauważeni. Tomasz Kalita zostawił po sobie coś, nad czym powinni pochylić się politycy. To „coś” bardzo ważnego dla wszystkich ciężko chorych ludzi w Polsce.

Ból jest pojęciem względnym. Nie można go nazwać ani pokazać. Jest intymny. Możemy dawać i dajemy „komfort” cierpiącym. Mogą wyć z bólu w ciszy albo spać wyłączeni na świat. To nie jest cierpienie z godnością. To jest jedynie wybór między złem koniecznym a koniecznym złem.

Rak jest jak nieproszony gość, który przychodzi i rozsiada się w najwygodniejszym fotelu. Zabiera przestrzeń, ale i prowokuje do przemyśleń, decyzji, do spojrzenia na życie z perspektywy, której osoba zdrowa nigdy nie zrozumie.

Pod koniec sierpnia do Sejmu trafiła petycja złożona przez polityków SLD o umożliwienie korzystania osobom chorym z medycznej marihuany i oleju konopnego. Do petycji dołączono projekt ustawy zwany „ustawą Kality”. Dlaczego?

Kiedy rak rozgościł się na fotelu Tomasza Kality, rzecznika SLD, zapewne pokazał mu jak okrutną i bezwzględną chorobą potrafi być. Tomasz Kalita walczył dzielnie o pomoc w uśmierzeniu cierpienia, nie tylko dla siebie, ale dla tysięcy chorych. Walczył i mówił o tym głośno, bo wiedział czym jest życie z rakiem, czym jest zwykła codzienność. Nowotwór to każdy trudny poranek, walka o zjedzony posiłek i o zwykłą, spokojną noc.

Medyczna marihuana to nie narkotyk, to nie chłopcy w dresikach na ławeczce, to nie impreza. To lek, który daje ukojenie nie tylko choremu, ale i jego najbliższym.

Dzień po śmierci Tomasza Kality, wpis jego żony jest jeszcze bardziej wymowny.

Tomasz Kalita